Bezdomna młoda kobieta zapukała do drzwi, prosząc tylko o szklankę wody. Nie przypuszczała, że wkrótce stanie się najważniejszą osobą w życiu dwojga dzieci, których świat rozpadł się po śmierci matki. Wszystko zmieniło się jednak w chwili, gdy usłyszała okrutne słowa:
— Jesteś tylko cieniem zmarłej kobiety.
A potem pojawił się list, który przez niemal rok nie powinien był ujrzeć światła dziennego.

Jacinta nie odeszła tamtej nocy.
Ale od tego dnia zachowywała się tak, jakby każdego ranka mogła zniknąć.
Wciąż wstawała przed świtem. Rozpalała ogień, gotowała, prała, pielęgnowała ogród i troszczyła się o małego Nicolása. Zniknęło tylko jedno — jej śpiew.
Dawniej nuciła przy wyrabianiu tortilli. Teraz w kuchni słychać było jedynie trzask drewna i cichy stuk naczyń.
Mateo zauważył tę zmianę.
— Nigdy nie próbowałem zrobić z ciebie drugiej Lucíi — powiedział.
Jacinta spojrzała na niego.
— Lucía była twoją żoną.
— I zawsze nią pozostanie w moich wspomnieniach. Nie mogę udawać, że nie istniała.
— Nie chcę, żebyś o niej zapomniał.
— Więc czego ode mnie oczekujesz?
Jacinta zawahała się.
— Żebyś patrząc na mnie, widział mnie. Nie kobietę, którą straciłeś.
Mateo nie znalazł odpowiedzi.
Jego milczenie powiedziało wystarczająco dużo.
Najbardziej odczuła to Ximena.
Dziewczynka ponownie zaczęła odmawiać jedzenia. Wieczorami wynosiła koce przed dom, dokładnie tak jak po śmierci matki.
Jacinta szybko zrozumiała.
Ximena nie zachowywała się źle.
Przygotowywała się na kolejną stratę.
Pewnego wieczoru Jacinta znalazła ją przy oknie. Dziewczynka wpatrywała się w pustą drogę prowadzącą ku wzgórzom.
— Na kogo czekasz?
— Na mamę.
Jacinta usiadła obok.
— Wiesz, że ona nie wróci tą drogą.
— Wróci.
— Gdybym tylko mogła sprawić, żeby tak było…
Ximena gwałtownie odwróciła głowę.
— Kłamiesz.
Jacinta zamarła.
— Dlaczego tak myślisz?
— Bo jeśli zostaniesz, tata zapomni o mamie.
Po chwili dziewczynka dodała:
— Więc odejdź.
Jacinta poczuła, jak te dwa słowa rozrywają coś głęboko w jej wnętrzu.
Tej nocy wyjęła stary zeszyt swojej matki.
Między pożółkłymi kartkami znajdowały się przepisy, plamy po mące i drobne notatki zapisane znajomym charakterem pisma. Brakowało jednak jednej strony.
Przepisu na ciasto z pigwą.
Matka piekła je na każde urodziny Jacinty.
Kiedy kartka zaginęła, Jacinta przestała świętować ten dzień. Bała się, że jeśli zapomni smak tamtego ciasta, utraci kolejną cząstkę matki.
Dopiero teraz zrozumiała Ximenę.
Dziewczynka nie bała się Jacinty.
Bała się zapomnienia.
Tymczasem w miasteczku plotki rosły szybciej niż chwasty po deszczu.
Doña Remedios przekonywała wszystkich, że Jacinta zainteresowała się majątkiem Matea. Wkrótce sąsiedzi przestali kupować jego sery, a właściciel młyna odmówił mu kredytu.
Potem na ranczo przyjechał Severiano, brat Lucíi.
Nie przyjechał z kondolencjami.
Przyjechał po dzieci.
— Nie pozwolę, żeby dorastały pod opieką obcej kobiety.

Mateo zacisnął szczękę.
— Przez dziesięć miesięcy nie zapytałeś nawet, czy mają co jeść.
— Opłakiwałem siostrę.
— Żałoba nie zmienia pieluch. Nie siedzi przy łóżku chorego dziecka. Nie wstaje w środku nocy, kiedy ktoś płacze.
Severiano złożył skargę.
Potem kolejną.
Na ranczu pojawił się urzędnik. Nie znalazł zaniedbań, lecz przed odjazdem ostrzegł Matea:
— Jeśli oskarżenia będą się powtarzać, sprawa opieki nad dziećmi może zostać ponownie rozpatrzona.
Jacinta pobladła.
Wieczorem wyciągnęła walizkę.
— Odejdę.
— Nie — odpowiedział Mateo.
— Nie możesz mnie zatrzymać.
— Wiem. Ale mogę walczyć o to, co jest dla mnie ważne.
Jacinta spojrzała mu prosto w oczy.
— O co walczysz, Mateo? O mnie? Czy o kobietę, którą ci przypominam?
Mateo milczał.
I właśnie wtedy Jacinta podjęła decyzję.
Zaczęła pakować rzeczy.
Nie zdążyła skończyć.
Z pokoju dobiegł kaszel Nicolása.
Po godzinie chłopiec miał wysoką gorączkę, a każdy oddech przychodził mu z coraz większym trudem.
Mateo stracił kolor na twarzy.
Lucía zachorowała podobnie.
I nie przeżyła.
— Jadę po doktora Herrerę.
Jacinta spojrzała przez okno. Deszcz zamienił drogę w błoto, a wezbrana rzeka niemal wystąpiła z brzegów.
— To niebezpieczne.
— Bardziej niebezpieczne jest czekanie.
Mateo wskoczył na konia i zniknął w burzy.
Jacinta została z Nicolásem.
Przykładała wilgotne płótno do jego rozpalonego czoła i cierpliwie podawała mu wodę małymi porcjami.
O 1:47 w nocy Ximena stanęła w drzwiach.
Zobaczyła drżącego brata.
Jej twarz nagle zastygła.
Przeszłość wróciła.
— Nie… Nie znowu!
Osunęła się pod ścianę.
Jacinta natychmiast uklękła przy niej.
— Ximena, spójrz na mnie.

— On umrze! Ty też umrzesz! Wszyscy odchodzą!
— Ja jestem tutaj.
— Mama też mówiła, że będzie!
Jacinta mogła skłamać.
Mogła obiecać dziewczynce, że nigdy jej nie opuści.
Ale dzieci, które doświadczyły straty, potrzebowały czegoś więcej niż pięknych obietnic.
Potrzebowały prawdy.
— Nie wiem, co wydarzy się za rok ani za dziesięć lat — powiedziała cicho. — Ale tej nocy nigdzie nie idę. Zostaję z tobą i Nicolásem.
Usiadła na podłodze.
— Oddychaj ze mną.
Zaczęła nucić kołysankę, którą jej matka śpiewała podczas burz.
Powoli oddech Ximeny się uspokoił.
Dziewczynka wtuliła się w Jacintę.
— Nie pozwól Nicolásowi odejść.
— Nie zostawię go samego.
— Mnie też nie zostawiaj.
— Ciebie też nie.
Małe dłonie zacisnęły się na jej sukience.
— Mamo…
Jacinta zamknęła oczy.
Nie poprawiła jej.
O świcie na podwórzu rozległ się tętent kopyt.
Mateo wrócił z doktorem Herrerą. Był przemoczony, ubłocony i poturbowany po upadku z konia.
Lekarz długo badał Nicolása.
W końcu się wyprostował.
— Wyjdzie z tego.
Mateo wypuścił powietrze.
— Opieka Jacinty miała ogromne znaczenie — dodał lekarz. — Nie dopuściła do groźnego odwodnienia.
Mateo spojrzał w stronę pokoju.
Ximena spała wtulona w Jacintę.
Na korytarzu stała otwarta walizka.
I wtedy zrozumiał coś, czego wcześniej nie potrafił przyjąć.
Pokochać kogoś nowego nie znaczy zdradzić osobę, która odeszła.
Miłość nie usuwa wspomnień.
Może jedynie zrobić miejsce na nowe.
Jeszcze tego samego ranka Mateo wszedł do zatłoczonego sklepu Doñi Remedios.
Rozmowy ucichły.
— Chcę, żeby wszyscy mnie usłyszeli — powiedział.

Doña Remedios znieruchomiała.
— Jacinta nie jest zastępstwem za Lucíę. Nie jest jej cieniem ani kopią. Jest Jacintą. I właśnie ją kocham.
W sklepie zapadła cisza.
— Jeśli tylko się zgodzi, zostanie moją żoną.
Doña Remedios pobladła.
— Mateo… nie wiesz wszystkiego.
— Więc mi powiedz.
Kobieta spuściła wzrok.
— Nie mogę.
Mateo odwrócił się i wyszedł.
Na ranczu znalazł Jacintę w ogrodzie.
Podszedł do niej bez przygotowanego przemówienia.
— Nie mam pałacu ani pieniędzy — zaczął. — Mam dom, którego dach przecieka podczas każdej większej ulewy, dwanaście krów, dwoje dzieci, które wciąż uczą się żyć po stracie matki… i serce, które zdecydowanie za długo milczało.
Jacinta patrzyła na niego bez słowa.
— Kocham ciebie — powiedział Mateo. — Nie dlatego, że przypominasz mi Lucíę. Nie dlatego, że uratowałaś nas przed samotnością. Kocham kobietę, którą jesteś.
Wyciągnął rękę.
— Zostaniesz moją żoną?
Po policzkach Jacinty popłynęły łzy.
— Tak. Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— W tym domu zawsze będzie miejsce na pamięć o Lucíi. Ale nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś przez tę pamięć odbierał mi prawo do bycia sobą.
Mateo ujął jej dłoń.
— Obiecuję.
Nagle między nimi pojawiła się Ximena.
Położyła małą dłoń na ich splecionych rękach.
I wtedy usłyszeli skrzypienie kół.
Przed ranczem zatrzymał się stary wóz.
Wysiadła z niego Doña Remedios.
Nie wyglądała już na kobietę pewną siebie.
W dłoni trzymała pożółkłą kopertę.
Podeszła powoli i wyciągnęła ją w stronę Matea.
— Zanim ją poślubisz, musisz poznać prawdę.
Mateo spojrzał na kopertę.

Na jej przedniej stronie widniało jego imię zapisane znajomym charakterem pisma.
Pismem Lucíi.
Doña Remedios zacisnęła usta.
— Lucía dała mi ten list krótko przed śmiercią. Poprosiła mnie o jedną rzecz.
Jacinta poczuła, jak Mateo ściska jej dłoń.
— O jaką? — zapytał.
Doña Remedios spuściła wzrok.
— Żebym przekazała ci go wtedy, gdy znów kogoś pokochasz.
Zapadła cisza.
— Dlaczego więc ukrywałaś go przez prawie rok?
Kobieta spojrzała na Jacintę.
W jej oczach po raz pierwszy nie było pogardy.
Był strach.
— Bo wiedziałam, co Lucía w nim napisała.
Wyciągnęła kopertę jeszcze dalej.
— I bałam się, że kiedy to przeczytasz… już nic nie będzie takie jak wcześniej.