Oddałam krew, bo powiedziano mi, że mój chłopak walczy o życie po wypadku samochodowym.
Kilka minut później, osłabiona i blada, usłyszałam za uchylonymi drzwiami:

— Nie wierzę, że Chloe znowu się nabrała.
Zatrzymałam się.
Rozpoznałam ten głos.
Mason.
Najlepszy przyjaciel Brendana.
Jeszcze chwilę wcześniej siedziałam na fotelu zabiegowym, zaciskając palce na podłokietniku i powtarzając sobie, że muszę wytrzymać.
Brendan mnie potrzebował.
Tak przynajmniej sądziłam.
Jego przyjaciele zadzwonili rano. Powiedzieli, że miał poważny wypadek samochodowy i pilnie potrzebna jest krew.
Nie zadawałam wielu pytań.
Przyjechałam natychmiast.
Teraz stałam na korytarzu kliniki z lekko drżącymi nogami i słuchałam śmiechu ludzi, którzy podobno martwili się o jego życie.
Wtedy zauważyłam pielęgniarkę.
Niosła pojemnik oznaczony moim nazwiskiem.
Coś kazało mi za nią pójść.
Kilka kroków dalej zatrzymała się przy pojemniku na odpady medyczne.
I wyrzuciła worek z pobraną ode mnie krwią.
Po prostu.
Jakby od początku był nikomu niepotrzebny.
Poczułam zimno.
Powoli odwróciłam głowę w stronę sali, z której dobiegał śmiech.
Drzwi były uchylone.
Zajrzałam do środka.
Brendan leżał na łóżku w prywatnej sali.
Nie miał bandaży.
Nie był podłączony do aparatury.
Nie wyglądał jak człowiek, który cudem przeżył wypadek.
Wyglądał znakomicie.
Obok niego stali Mason i Wyatt.
Wszyscy trzej się śmiali.
— Który to już? — zapytał Mason.
Wyatt zerknął na telefon.
— Dziewięćdziesiąty szósty.
Brendan roześmiał się jeszcze głośniej.
A mnie nagle zabrakło powietrza.
Dziewięćdziesiąty szósty?
O czym oni mówili?
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
Zaczęli wspominać poprzednie „numery”.
— Pamiętacie tę historię z bransoletką? — rzucił Mason.
Pamiętałam.
Brendan powiedział mi wtedy, że zgubił prezent, który dostał ode mnie na rocznicę.
Byłam przekonana, że musiał wypaść mu gdzieś po drodze.
Szukałam go przez wiele godzin w ulewnym deszczu.
Wróciłam przemoczona i kilka dni później zachorowałam.
Bransoletka nigdy nie była zgubiona.
Potem wspomnieli o operacji.

Tej „nagłej”, przez którą nie spałam całą noc, czekając na wiadomość, czy Brendan przeżył.
Operacji nie było.
Wreszcie zaczęli żartować z oskarżenia o plagiat, które pojawiło się dokładnie w czasie mojego zakończenia studiów.
Przez zamieszanie nie dotarłam na własną uroczystość.
Przez trzy lata zadawałam sobie jedno pytanie:
Dlaczego ciągle przytrafiają mi się takie rzeczy?
Teraz znałam odpowiedź.
To nie był pech.
To był Brendan.
— Zostały trzy — powiedział Mason. — Potem mamy pełne dziewięćdziesiąt dziewięć.
— I koniec — dodał Wyatt. — Brendan rzuca Chloe i wraca do Scarlett.
Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w bolesny węzeł.
Scarlett Montgomery.
Oczywiście.
Cztery lata wcześniej brałyśmy udział w tym samym prestiżowym konkursie tanecznym.
Scarlett była faworytką.
Miała prywatnych trenerów, pieniądze, kontakty i nazwisko, które otwierało drzwi.
Ja miałam trening.
I wygrałam.
Pamiętałam jej twarz podczas ogłaszania wyników.
Była zdruzgotana.
Ale nigdy nie przypuszczałam, że tamten wieczór będzie miał jakiekolwiek znaczenie cztery lata później.
Dla Brendana miał.
Z tego, co usłyszałam, wynikało, że zaczął się ze mną spotykać właśnie przez Scarlett.
Nie dlatego, że mnie pokochał.
Nie dlatego, że chciał mnie poznać.
Chciał się zemścić.
Przez trzy lata budował związek, który dla mnie był prawdziwy.
Dla niego był projektem.
A moje cierpienie — rozrywką dla jego przyjaciół.
Nie weszłam do sali.
Nie krzyczałam.
Nie zażądałam wyjaśnień.
Po prostu odeszłam.
Nikt mnie nie zauważył.
Gdy wyszłam przed klinikę, zadzwonił telefon.
Mama.
Moi rodzice od tygodni przygotowywali się do przeprowadzki do Tucson.
Wielokrotnie prosili, żebym pojechała z nimi.
Za każdym razem odmawiałam.

Miałam tutaj Brendana.
Związek.
Plany.
Przyszłość.
Tym razem odebrałam.
— Chloe? — usłyszałam głos mamy. — Wszystko w porządku?
Przełknęłam ślinę.
— Mamo…
Głos mi zadrżał.
— Zostawcie dla mnie pokój.
Tego wieczoru Brendan pojawił się pod moimi drzwiami.
Nie wpuściłam go.
— Chloe, otwórz. Musimy porozmawiać.
Stałam po drugiej stronie.
— Nie musimy. Wszystko słyszałam.
Zapadła cisza.
Tylko na sekundę.
Potem Brendan powiedział coś, co ostatecznie zniszczyło resztki moich uczuć.
— Przecież to był żart. Nikt nie zmuszał cię do oddawania krwi.
Zamknęłam oczy.
I nagle wszystko stało się proste.
— Masz rację.
— Co?
— Nikt mnie nie zmuszał.
Zrobiłam krótką pauzę.
— I nikt nie zmusza mnie, żebym z tobą została.
— Chloe…
— To koniec.
Następnego ranka rodzice pomogli mi się pakować.
Wtedy zadzwoniła Scarlett.
Nie miałam ochoty z nią rozmawiać, ale odebrałam.
— Wiedziałam, że Brendan ma do ciebie żal — powiedziała. — Ale musisz mi uwierzyć. Nigdy go o to nie prosiłam.
Milczałam.
— Przegrałam konkurs — ciągnęła. — Płakałam. Byłam wściekła. A potem się z tym pogodziłam. Brendan nie.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że nawet Scarlett nie była prawdziwym powodem.
Brendan nie próbował pomścić kobiety, którą kochał.
Nie potrafił po prostu zaakceptować, że ktoś taki jak ja pokonał osobę, która w jego świecie „powinna” była wygrać.
Bez wpływowej rodziny.
Bez wielkich pieniędzy.
Bez elitarnego zaplecza.
To wystarczyło, żeby uznał mnie za kogoś, kogo należy ukarać.
Scarlett powiedziała wtedy coś jeszcze.
— Chloe, on wszystko zapisywał.
— Co?
— Każdy żart. Każdą akcję. Ma zdjęcia, filmy, wiadomości, daty… wszystko.
Chwilę później zaczęły przychodzić zrzuty ekranu.
„Zemsta 14: Udawać, że Brendan zapomniał o jej urodzinach”.
„Zemsta 31: Ukryć jej prezentację przed rozmową o pracę”.
„Zemsta 47: Zostawić ją samą w restauracji”.
„Zemsta 81: Ośmieszyć prezent, który zrobiła własnoręcznie”.
Przewijałam dalej.
Aż zobaczyłam:
„Zemsta 96: Fałszywy wypadek samochodowy + oddanie krwi”.
Pod spodem znajdował się komentarz Brendana:
„Zadziała. Chloe zrobi wszystko, jeśli będzie myślała, że umieram”.
Patrzyłam na te słowa długo.
Nie płakałam.
Nie miałam już czym.

Scarlett wyjaśniła mi również, czym miała być zemsta numer dziewięćdziesiąt dziewięć.
Brendan planował przyjęcie.
Chciał zgromadzić znajomych, pokazać mi całe archiwum i oznajmić, że nasz trzyletni związek był jednym wielkim eksperymentem.
Eksperymentem mającym sprawdzić, ile upokorzeń zniosę dla człowieka, którego kocham.
Nie dostał tej szansy.
Wyjechałam do Tucson.
Początki były trudne.
Nie da się wymazać trzech lat w kilka tygodni.
Czasami budziłam się i przypominałam sobie dobrą chwilę z Brendanem.
Kolację.
Spacer.
Żart, przy którym śmialiśmy się oboje.
I wtedy pojawiało się pytanie:
Czy to też było zaplanowane?
Z czasem przestałam szukać odpowiedzi.
Znalazłam pracę.
Dołączyłam do lokalnego programu artystycznego.
Poznawałam nowych ludzi.
A pewnego dnia zatrzymałam się przed studiem tańca.
Przez kilka minut stałam przed drzwiami.
Potem weszłam.
Pierwsze zajęcia były trudne.
Każde lustro przypominało mi o konkursie.
O Scarlett.
O Brendanie.
Ale wróciłam następnego dnia.
I kolejnego.
Sześć miesięcy później znów występowałam.
Nagranie z mojego występu zobaczyli ludzie z niewielkiego zespołu tanecznego.
Zaprosili mnie na przesłuchanie.
Wtedy po raz pierwszy od lat zrozumiałam coś ważnego.
Taniec nigdy nie należał do Brendana.
Ani do Scarlett.
Należał do mnie.
W tym samym czasie życie Brendana zaczęło się rozpadać.
Scarlett zerwała z nim kontakt.
Część jego przyjaciół odwróciła się od niego.
A archiwum, które miało być jego wielkim finałem, zaczęło krążyć wśród znajomych.
Rok później moja dawna uczelnia zaprosiła mnie na spotkanie poświęcone odbudowywaniu życia po trudnych relacjach.
Po wystąpieniu zobaczyłam Brendana.
Czekał na mnie.
Wyglądał inaczej.
— Chloe.
Zatrzymałam się.
— Byłem okrutny — powiedział. — Przepraszam.
— Za co dokładnie?
Spuścił wzrok.
— Za wszystko.
— To znaczy za który z dziewięćdziesięciu sześciu punktów?
Nie odpowiedział od razu.
Potem zaczął mówić o tym, co stracił.
Przyjaciół.
Wsparcie rodziny.
Ludzi, którzy kiedyś stali po jego stronie.
Wysłuchałam go.
— Brendan, to nie są przeprosiny.
Spojrzał na mnie.
— To są konsekwencje.
Zamilkł.
Po chwili zapytał:
— Możesz mi kiedyś wybaczyć?
Pomyślałam o sobie sprzed roku.
O dziewczynie stojącej przed kliniką, osłabionej po oddaniu krwi.
O dziewczynie, która przez trzy lata próbowała zasłużyć na miłość człowieka, który traktował jej uczucia jak grę.
— Nie wiem, czy przebaczenie jest mi potrzebne — odpowiedziałam. — Wiem tylko, że nie muszę cię nienawidzić, żeby nigdy więcej do ciebie nie wrócić.
Minęłam go.

— Chloe! — zawołał.
Odwróciłam głowę.
— Naprawdę jesteś szczęśliwa beze mnie?
Uśmiechnęłam się.
— Uczę się być szczęśliwa bez pytania kogokolwiek, czy mi wolno.
Przed powrotem do domu weszłam do sklepu tanecznego.
Kupiłam nowe buty.
Nie były symbolem zemsty.
Nie były prezentem za przetrwanie.
Były po prostu moje.
Brendan zaplanował dziewięćdziesiąt dziewięć aktów zemsty.
Zatrzymał się na dziewięćdziesięciu sześciu.
Bo właśnie wtedy jego gra przestała działać.
Numer dziewięćdziesiąt sześć miał udowodnić, że zrobię dla niego wszystko.
Zamiast tego udowodnił mi coś zupełnie innego.
Że mogę odejść.
Że nie muszę zasługiwać na czyjąś miłość, płacąc za nią własnym spokojem.
I że czasami nie warto ratować związku.
Czasami najważniejsze jest uratować samą siebie.