— Chwyć mnie za ramię — powiedział Vincent Costa, nie odrywając wzroku od tylnej szyby.

— Chwyć mnie za ramię — powiedział Vincent Costa, nie odrywając wzroku od tylnej szyby.

Deszcz rozmywał światła miasta za przyciemnionymi szybami Maybacha. Kilkadziesiąt metrów za nimi, między taksówkami i samochodami wracającymi z centrum, trzymał się szary sedan.

Jechał za nimi od kilku przecznic.

Vincent był już tego pewien.

Mave siedziała obok z tabletem na kolanach i kończyła raport. Nie zauważyła ani samochodu, ani sposobu, w jaki Vincent co kilka sekund zerkał w boczne lusterko.

Jeszcze rano jej największym problemem było trzydzieści tysięcy dolarów, które rozpłynęły się gdzieś w firmowych księgach.

Siedziała wtedy przed gabinetem Vincenta i analizowała kolejne zestawienia. Liczby nie miały sensu.

Spółka z Belize.

Firma transportowa z New Jersey.

Trzy przelewy.

I niemal trzydzieści tysięcy dolarów, których nie dało się przypisać do żadnej pozycji.

Mave zaznaczyła podejrzane miejsce w arkuszu.

Nie zapytała o nic.

Przez trzy lata pracy dla Vincenta zdążyła nauczyć się zasad.

Pilnuj jego kalendarza.

Prowadź legalną część księgowości.

Organizuj spotkania.

Nie interesuj się zawartością ciężarówek.

Nie pytaj, dlaczego niektórzy kontrahenci znikają z dnia na dzień.

I przede wszystkim nie próbuj dowiedzieć się więcej, niż jest ci potrzebne do wykonania pracy.

Drzwi gabinetu otworzyły się bez ostrzeżenia.

Vincent wszedł do środka w idealnie skrojonym, grafitowym garniturze.

Miał cień sińca na kości policzkowej.

Wyglądał, jakby nie spał od dwóch dni.

Mave bez słowa podała mu kubek.

— Czarna. Dwie łyżeczki cukru.

Ich palce zetknęły się na moment.

Jego skóra była lodowata.

— Dzięki.

Przez krótką chwilę nie wyglądał jak człowiek, którego nazwisko wystarczało, by inni zaczynali mówić ciszej.

Nie jak szef Syndykatu Costy.

Nie jak ktoś, kto mógł rozwiązać problem jednym telefonem.

Wyglądał po prostu na zmęczonego mężczyznę, który potrzebował kilku godzin snu.

Chwila minęła.

Na jego twarz wrócił znajomy chłód.

— Sprawa w dokach?

— Zamknięta. Przerzuciłam transport przez Queens. Będzie drożej o cztery tysiące, ale omijamy kontrolę.

Vincent spojrzał na nią uważniej.

— Zawsze znajdujesz wyjście.

— To logistyka. Punkt A, punkt B i kilka przeszkód po drodze.

Kącik jego ust drgnął.

— Jasne. Logistyka.

Kilka minut później wspomniał o wieczornej gali charytatywnej w hotelu Plaza.

Mave przejrzała terminarz.

— Burmistrz, senator Hale, dwóch deweloperów i połowa ludzi, których nie znosisz. Masz się uśmiechać do dziesiątej trzydzieści i zniknąć przed jedenastą.

— Pójdziesz ze mną.

Podniosła wzrok.

— Nie chodzę na twoje gale.

— Dzisiaj pójdziesz.

— Dlaczego?

— Marco jest chory.

— Weź Leo.

Vincent oparł dłoń o biurko.

— Leo pamięta, kto kogo pobił. Ty pamiętasz, kto komu jest winien przysługę, który radny nie cierpi którego senatora i kto od sześciu miesięcy unika spłaty długu.

Mave westchnęła.

— To nadal nie jest mój świat.

— Właśnie dlatego cię potrzebuję.

Nie spodobała jej się ta odpowiedź.

Biuro dawało jej poczucie granicy.

Po jednej stronie znajdowały się dokumenty, faktury i terminarze.

Po drugiej stronie był prawdziwy świat Vincenta.

Świat, którego przez trzy lata starała się nie oglądać zbyt dokładnie.

— Nie mam sukienki — powiedziała w końcu.

Vincent przesunął w jej stronę kremową kopertę.

— Piąta Aleja. Butik jest uprzedzony.

Mave otworzyła kopertę.

— Uprzedzony o czym?

— O twoim rozmiarze.

Powoli podniosła głowę.

— Skąd znasz mój rozmiar?

Vincent nawet nie mrugnął.

— Nie zatrudniam ludzi, o których nic nie wiem.

O dziewiętnastej Mave stała w sali balowej hotelu Plaza i żałowała, że kiedykolwiek wspomniała o sukience.

Granatowy jedwab opływał jej sylwetkę, a światło kryształowych żyrandoli odbijało się w kieliszkach, biżuterii i wypolerowanym marmurze.

Wokół niej krążyli politycy, bankierzy, prawnicy i ludzie, których oficjalne źródła dochodów zdecydowanie nie tłumaczyły ich stylu życia.

Po drugiej stronie sali Vincent rozmawiał z senatorem.

— Znowu patrzy.

Mave odwróciła się.

Obok niej stał Leo.

— Kto?

Leo uniósł brwi.

— Twój szef.

— Obserwuje salę.

— Owszem. Tylko że salę sprawdza co jakiś czas. Ciebie sprawdza cały czas.

Mave przewróciła oczami.

— Jestem jego sekretarką.

Leo uśmiechnął się szerzej.

— Oczywiście.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, zniknął w tłumie.

Mave odruchowo spojrzała na Vincenta.

Ich spojrzenia spotkały się.

Leo miał rację.

Vincent nie patrzył w jej stronę przypadkiem.

Obserwował ją.

Uważnie.

Za uważnie.

I wtedy coś w jego twarzy nagle się zmieniło.

Mave podążyła za jego wzrokiem.

Przy ciężkich, mahoniowych drzwiach stał nieznajomy mężczyzna.

Pierwsze, co rzucało się w oczy, to źle dopasowany smoking.

Drugie — blizna przecinająca lewą brew.

Miał bardzo krótko ścięte jasne włosy.

Nie trzymał kieliszka.

Z nikim nie rozmawiał.

Nie wyglądał też, jakby przyszedł na kolację.

Patrzył wyłącznie na nią.

Mave sięgnęła po listę gości.

Przesunęła wzrokiem po nazwiskach.

Nie znalazła go.

Kiedy ponownie spojrzała na Vincenta, ten już przestał rozmawiać z senatorem.

Nieznajomy ruszył.

Mave poczuła napięcie w karku.

Dwadzieścia kroków.

Piętnaście.

Dziesięć.

Cofnęła się i poczuła za plecami zimny marmur kolumny.

Vincent pojawił się przed nią niemal natychmiast.

Stanął tak, by całkowicie zasłonić ją własnym ciałem.

— Nie ruszaj się — powiedział cicho.

Potem wyciągnął ramię.

— Chwyć mnie.

Nie dyskutowała.

Wsunęła dłoń pod jego ramię.

Vincent przykrył ją swoją i ruszył w stronę wyjścia.

Za ich plecami Leo i dwóch ochroniarzy przecięło drogę nieznajomemu.

Nikt nie krzyczał.

Nikt nie zrobił sceny.

W świecie Vincenta najgroźniejsze rzeczy działy się zazwyczaj właśnie w ciszy.

Gdy wyszli przed hotel, deszcz lał się z nieba tak mocno, że prawie zagłuszał ruch uliczny.

Vincent otworzył drzwi samochodu.

Mave jednak nie wsiadła.

— Kim był ten człowiek?

Vincent przez chwilę milczał.

— Kimś, kto uznał, że najłatwiej dotrzeć do mnie przez ciebie.

Zamarła.

— Mogłeś wysłać Leo.

— Mogłem.

— Ale tego nie zrobiłeś.

Vincent spojrzał gdzieś ponad jej ramieniem.

Jakby odpowiedź była łatwiejsza, dopóki nie musiał patrzeć jej w oczy.

— Przyszedłeś sam — dodała.

Tym razem nie odpowiedział od razu.

Nie rzucił chłodnej uwagi.

Nie próbował zmienić tematu.

Nie schował się za tym opanowaniem, które Mave znała aż za dobrze.

Po prostu stał w deszczu.

— Całe życie pilnowałem, żeby nikt nie wiedział, co może mnie zranić — powiedział w końcu.

Spojrzał na nią.

— Dzisiejszego wieczoru zrozumiałem, że nie byłem wystarczająco ostrożny.

Mave poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

— Vincent…

Uniósł dłoń i przesunął opuszkami po jej policzku.

Gest był tak delikatny, że zupełnie nie pasował do człowieka stojącego przed nią.

— Pieniądze można odzyskać — powiedział. — Firmę można odbudować. Ludzi można zastąpić.

Zamilkł na sekundę.

— Ciebie nie.

Mave spojrzała na jego dłoń.

Nadal była zimna.

Ujęła ją obiema rękami.

Vincent nie cofnął się.

I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy wcześniej nie widziała.

Przestał sprawdzać ulicę.

Nie zerkał w witryny, szukając odbić.

Nie obserwował przejeżdżających samochodów.

Nie liczył wyjść.

Nie sprawdzał, kto stoi za jego plecami.

Patrzył wyłącznie na nią.

W strugach deszczu Mave wreszcie zrozumiała coś, czego nie dostrzegała przez trzy lata.

Vincent Costa mógł nie bać się konkurentów.

Policji.

Zdrady.

Ani nawet ludzi, którzy chcieli jego śmierci.

Ale właśnie odkrył słabość, której nie potrafił kontrolować.

Po raz pierwszy miał kogoś, kogo naprawdę mógł stracić.

I tym kimś była ona.